sobota, 7 września 2013

Historia Miluni


Chociaż staram się dopasowywać moje lalki do baśniowych postaci, dziś chcę zrobić pewne odstępstwo. Pokażę lalkę, będącą dla mnie ogromnie cenną pamiątką, dla której nie przeznaczyłam jednak żadnej konkretnej bajkowej roli. Pomysł na prezentację Miluni, bohaterki mojego dzisiejszego wpisu, jako narratorki opowiadającej swoje dzieje zaczerpnęłam z bloga pierwszej Właścicielki lali: http://oliweczka.pinger.pl/p/5    Choć Basi nie ma już wśród nas, ciągle żyje w naszych wspomnieniach... Myślę że spodobałby się Jej dalszy ciąg wymyślonej przez Nią kiedyś opowieści i nie miałaby mi za złe skopiowania zdjęć z Jej bloga i dopisania dalszego ciągu...

Teraz oddaję głos Miluni.
„Nazywam się Milunia. Niektóre Lalkomaniaczki pewnie pamiętają mnie z bloga Pasjonarni, która kiedyś wypatrzyła mnie na targu wśród staroci i podarowała nowe życie.

 
Z rozkudłanego, żałosnego stwora stałam się dzięki Niej ładną panienką, która na dodatek mogła co jakiś czas zmieniać kreacje i fryzury.
Wraz z licznym gronem porcelanowych koleżanek żyłam szczęśliwie w cudownym świecie stworzonym przez Osobę, która zamiłowanie do ręcznych robótek i hodowli kwiatów, fantazję, talent poetycki i kolekcjonowanie lalek łączyła z niezwykłą dobrocią dla ludzi, ciepłem, otwartością, pogodą ducha i humorem. Moje korpulentne kształty nie pozwoliły, co prawda, abym została wystylizowana na spowitego w organdynę motylka, elfa, aniołka, czy baletniczkę, ale sukienka w kwiatuszki bardzo mi przypadła do gustu…



Jako elegancka dama w kraciastej sukience i ślicznym, idealnie dopasowanym kolorystycznie kapelusiku też czułam się bardzo dobrze. Wydawałam się sobie taka wytworna!
 

Na koniec pani Basia wystroiła mnie w liliowo-fioletową, całkiem zwiewną i lekką sukienkę, ale ja miałam jakieś złe przeczucia. Kolorystyka tego stroju była smutna, tak jakby miało się wydarzyć coś strasznego…
 

I tak się też stało…Pewnego zimowego dnia nasza ukochana Pani gdzieś wyjechała i nigdy już do nas nie powróciła…
Nasz cudowny świat przestał istnieć. Popakowane w pudła rozjechałyśmy się po różnych zakątkach kraju. Ja trafiłam najpierw do jednej kolekcjonerki lalek, a następnie do drugiej lalkomaniaczki -Jadwisi, u której mieszkam teraz.

Moja obecna właścicielka, gdy wyjęła mnie z paczki, miała w oczach łzy. Przytuliła mnie, jakbym była żywą dziewczynką, a nie lalką, więc pomyślałam sobie, że będę u niej miała cudowne życie… Już, już miałam się rozpłakać z radości (taka już ze mnie płaczka, że i radości i smutki muszę oblewać łzami), gdy znów wróciłam do pudełka. Nawet nie zdążyłam się rozejrzeć po nowym domu! I tak powtarzało się parę razy – nowa pani nie mogła się za mnie zabrać - chyba swoją osobą budziłam w niej jakieś bardzo, bardzo smutne wspomnienia…

W końcu pani wzięła się jednak za zmianę mojego wyglądu. Pokręciła nosem na moje włosy – nie podobało jej się, że gdzieniegdzie przebarwiły się od słońca. Uuuch! Oderwała starego wiga z mojej biednej głowy. Na szczęście miała już dla mnie kupione dwie nowe peruczki. Włożyła mi je po kolei na głowę i nie mogła się zdecydować, czy ładniej mi we włosach blond, czy ciemnych.

Później zaczęła mi przymierzać różne stroje. W trakcie tych przymiarek odczepiły mi się obie nogi i jedna ręka. Na domiar złego, pani postanowiła przetrzeć mi buzię wilgotną ściereczką. Nie!!!! Co ona zrobiła!? Mój makijaż był wykonany pastelami, więc wszystko się rozmazało. Próbowała co prawda swoimi kredkami naprawić ubytki, a potem namalować zupełnie nowy makijaż, ale nic jej z tego nie wychodziło. No tak, sama się w ogóle nie maluje, to i mnie nie umiała ładnie „odstawić”…

Znów przez pewien czas leżałam w pudełku, popłakując nad swym smutnym losem... Pewnego dnia zostałam spakowana do paczki i kolejny raz wyruszyłam w podróż. Co gorsza, moje oderwane kończyny nie pojechały wraz ze mną. Teraz to już na prawdę miałam powód do rozpaczy. Bałam się, że stałam się właśnie dawczynią części, a jest to los, przed którym drży każda porcelanka…

Gdy wyjęto mnie z paczki, zobaczyłam, że trafiłam do prawdziwego lalkowego raju… Mieszkało tam doborowe lalkowe towarzystwo, pięknie poubierane i wystylizowane. Chętnie bym sobie z nimi pogawędziła, ale jak ja się miałam im pokazać? Kadłub z jedną ręką, wyblakłą twarzą i wyłażącymi pakułami? Jak ta moja pani mogła mi coś takiego zrobić? Na szczęście okazało się, że trafiłam w ręce Weroniki, utalentowanej artystki przywracającej dawną świetność starym przedmiotom, specjalizującej się też w niepowtarzalnej stylizacji lal. Na moje szczęście ta niezwykle kreatywna i życzliwa Osoba zgodziła się pomóc mojej właścicielce w kłopocie i zrobić mi nową buźkę.  Pojechałam do Niej „skrócona o nogi”, gdyż po prostu łatwiej mnie było w takiej postaci zapakować. Pani Weronika najpierw zadecydowała, że pasuje mi peruka blond, a później zrobiła cudny „makijaż permanentny”. Pomyślałam, że los wreszcie się zaczął do mnie uśmiechać…

W paczce powróciłam do mojej właścicielki, która starannie przymocowała mi brakujące kończyny. Później całe popołudnie spędziłyśmy na wybieraniu kreacji. Najbardziej spodobała nam się fabryczna sukienka od Lusi Alberonki, która już dawno dostała zupełnie inny strój. Pani uszyła mi do niej biały fartuszek ze sztywno wykrochmalonego płótna. Dostałam pod opiekę  małą Malwinkę w stylowym wózeczku, która bardzo do mnie pasuje, bo również lubi sobie popłakać...




 
Po szybkiej domowej sesji miałyśmy się wybrać w plener i tam zrobić więcej zdjęć, gdy mojej pani zepsuł się jej ukochany aparat i musiała oddać go do naprawy. Uuu! Buu! A już się tak cieszyłam na przejażdżkę!
 

16 komentarzy:

  1. CUDO! Milunia w tej wersji wygląda GENIALNIE!
    Miałam przyjemność na własne oczy widzieć Głowę u Weroniki - make up piękny - idealnie pasuje do Miluni tak samo jak włosy, no i wreszcie znalazła się lalka, do której różowa alberonkwa sukienka pasuje jak ulał.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Madziu! Jakoś takie miałam przeczucie, żeby nie pozbywać się alberonkowej kiecki. Okazała sie jakby uszyta na miare Miluni. Poza tym postarałam się, jakoś nawiązać do gustu Basi - żeby mimo wszystko było różowo - i choć nie tiulowo, to chociaż falbankowo... :)

      Usuń
  2. To bardzo wzruszająca historia. Aż mi łezka pociekła. Milunia w nowej wersji wygląda ślicznie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! Niestety - tę tragiczną historię opowiedziało samo życie. :( Ja postarałam się ubrać ją w słowa w taki sposób - jaki - mam nadzieję, przypadłby do gustu Basi...

      Usuń
  3. Byłam częstym gościem na blogu Pasjonarni:(
    Laleczka jest śliczna dobrze że wiąże sobą wspomnienia o dobrej osobie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! :) Blog Basi był dla mnie - i jest jeszcze do tej pory -inspiracją do rozmaitych lalkowych działań, a sama Basia - wzorem Człowieka.

      Usuń
  4. Historia Miluni znalazła szczęśliwy finał...i choć każda z nas wolałaby, żeby do dziś mieszkała z Basią...cieszę się, że ostatecznie trafiła do Ciebie.. i że mogłam pomóc..Myślę, że wizerunek, który jej zafundowałaś, i cały wpis jej poświęcony spodobałby się Basi, bo kto jak kto, ale Ona potrafiła docenić czyjąś pracę i serce w nią włożone :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Napisałam komentarz, ale Blogger mi go 'pożarł'... no nic.. napiszę jeszcze raz.. Smutna historia Miluni znalazła wreszcie szczęśliwy finał, i choć każda z nas wolałaby, żeby do dziś mieszkała z Basią... cieszę się że ostatecznie trafiła do Ciebie, i że mogłam pomóc.. Myślę, że zarówno nowy wizerunek Miluni, jak i cała powyżej opisana historia spodobałyby się Basi.. kto jak kto, ale Ona potrafiła docenić czyjąś pracę i serce w nią włożone..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze raz bardzo, bardzo Ci dziękuję za pomoc w wystylizowaniu Miluni! Podczas wybierania dla lali ostatecznego stroju (w końcu zrezygnowałam z tej ciemnej sukienki, którą widziałaś), cały czas myślałam o tym, co by się spodobało Basi... Dobrze, że zrobiłas Miluni taki uniwersalny makijaż, pasujący do różnych kreacji. :)

      Usuń
  6. Zanim jeszcze zaczęłam przygodę z własnym blogiem, często zaglądałam na blog Basi. Tak trudno pogodzić się z tym, że niektórych osób już nie ma. Dobrze, że jej lalki znalazły miłe, przytulne domy i osoby, które je pokochały.
    Nowa stylizacja Miluni jest prześliczna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! Co prawda jakiś czas temu zarzekłam się, że nie będę już powiększać swojej kolekcji o duże lale z prozaicznego powodu braku miejsca, ale dla Miluni zrobiłam oczywiście wyjątek. :)

      Usuń
  7. Aż dusi w gardle podczas czytania historii Miluni .Każda rzecz ,czy zdanie dotyczące Basi nie dają zapomnieć ,nie przynoszą ukojenia.Łzy same cisną się do oczu.Cieszę się ,że lalka ostatecznie jest u Ciebie.Widziałam jej główkę będąc z wizytą u Weroniki.Jest prześliczna .Jestem pewna, że jest szczęśliwa mimo swojej smutnej buzi.Pisz częściej ,brakuje mi twoich bajkowych opowieści.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Uleńko! :) Nie pisałam, ale trochę lal przygotowałam do pokazania na blogu, choć nie tyle, ile bym chciała... Na nieszczęście "padł" mi aparat. Naprawią może w przyszłym tygodniu, więc na razie z blogowania nici... :(

      Usuń
  8. jakie słodko bobo śpi w wózeczku...

    OdpowiedzUsuń