czwartek, 7 lutego 2013

Śnieżynka z rosyjskiej baśni ludowej.

Baśń o Śnieżynce - dziewczynce ulepionej ze śniegu, pamiętam jeszcze z dzieciństwa. Teraz postanowiłam ją nieco poszerzyć i przerobić, no i oczywiście dodać happy end. Poniższa historia jest kompilacją "Śnieżynek" z dwóch książek:
 "Alonuszka. Rosyjskie baśnie ludowe" oraz "Bardzo dziwne opowieści" E.Szelburg-Zarembiny oraz mojej fantazji. To ja nadałam Śnieżynce konkretne imię - skoro dziadkowie traktowali ją jak przybraną córkę, to musieli ją jakoś nazwać...
A oto moja historyjka:
Żyli sobie dziadek i babcia. Mieli wygodną chatkę, krówkę, parę owiec, kawałek pola i łąki i wiodło im się nieźle. Nie byli jednak szczęśliwi, bo nie mieli dzieci. Pewnego zimowego dnia lekko prószył śnieżek i było tak ładnie, że dzieciarnia z pobliskich domów wyległa na dwór. Lepią bałwanki, rzucają śnieżkami, ciągają się na saneczkach. Babci i dziadek patrząc na to przez okno nabrali ochoty, żeby też pobawić się na śniegu. Ulepili jednak nie bałwana, lecz śniegową dziewczynkę W swoje dzieło włożyli dużo serca. Oczka zrobili z niebieskich koralików, na usta babcia przeznaczyła swoją broszkę w kształcie serduszka, dawno temu przywiezioną przez dziadka z jarmarku. Nie mieli z czego zrobić włosów. Myślą, dumają, aż wreszcie dziadek mówi do babki: „masz przecież, żono, w skrzyni motek czarnej wełny. Miałaś z niej zrobić dla mnie nowe rękawice, ale i stare jeszcze ujdą. Przynieś wełnę, to zrobimy naszej śniegowej dziewczynce piękne włosy.” Tak też zrobili. Przepasali ją jeszcze srebrzystą wstążką.

Patrzą, podziwiają, aż tu nagle stał się cud: już nie śniegowa, lecz prawdziwa dziewczynka stoi przed ich chatką. A piękna, że piękniejszej na całym świecie nie ma. Cała w bieli i srebrze, z czarnym warkoczem, czerwonymi usteczkami i mieniącymi się niebiesko oczami. Tylko twarzyczka blada jak śnieg, bez jednego rumieńca.
 
 
 

 Przywitała pięknie staruszków, raźno zatupała i pobiegła do chaty.



 
 Zaraz zaczęła się krzątać: pozamiatała izbę, przyniosła wody ze studni, pobiegła do lasu po chrust, obrządziła bydło. Staruszkowie dali jej na imię Swietłana, bo odkąd pojawiła się w ich chacie, jaśniejsię zrobiło w ich życiu. Kochali ją z całego serca, a i ona odpłacała im czułością, troskliwością i przywiązaniem. Polubiły ją dziewczęta ze wsi, razem chodzą do lasu po chrust – wiedzą, że Swietłana w najgorszą śnieżycę zawsze drogę do domu znajdzie, największy mróz jej nie straszny.
Szybko minęła im zima, zaczęło się robić coraz cieplej, zazieleniło się na świecie, przyszła wiosna. Dziadkowie z lubością wygrzewają na słoneczku stare kości, tylko Swietłana coraz smutniejsza, z dnia na dzień coraz słabsza, tylko cienia szuka, ze słońca się nie cieszy.
Szły dziewczęta pod las palić ognisko, namawiają Swietłanę, żeby poszła z nimi. Ona nie chce, ale dziadkowie myśląc, że ich kochana córuchna poweseleje, jak z przyjaciółkami się zabawi – kazali jej iść razem ze wszystkimi.
Płonie ognisko, dziewczęta śpiewają pieśni, tańczą, wreszcie zaczęły przez ogień skakać. „Swietłano, teraz twoja kolej – skacz, no skacz!” – wołają. Skoczyła Swietłana, jęknęła żałośnie i zamieniła się w białą mgiełkę, która uniosła się ku górze, ku chmurom…
Trudno opisać rozpacz dziadków, gdy dowiedzieli się, co się stało z ich ukochaną córeczką. Zrozumieli, że dla śniegowej dziewczynki ciepło było zabójcze. Robili sobie wyrzuty, że ją do lasu posłali, ale cóż – było już za późno… c.d.n.
Minęła wiosna, lato, jesień i znowu nadeszła zima...
Siedzą staruszkowie w swojej chacie przy samowarze i wspominają swoją przybraną córkę, jaka była kochana, uczynna i dobra. Nie mogą się pogodzić z tym, że tak bezsensownie zginęła... Wzdycha dziadek, babcia płacze, ocierając łzy białą chusteczką.


Akurat pod ich oknem przechodziła Pani Zima, malująca na szybach lodowe kwiaty. Usłyszała lament biedaków i postanowiła im pomóc.




Wyszła na pole, stanęła pod gwiaździstym, bezchmurnym niebem i wezwała Północny Wiatr. Rozkazała mu niezwłocznie odnaleźć chmury, które zabrały ze sobą przemienioną w mgiełkę Swietłanę. Zadął wicher, napędził chmur, a wtedy Zima rozpętała zawieję.

 
 
Sypią śniegowe płatki, wirują, aż w końcu wyłoniła się z nich Swietłana.
 
 
 
Pięknie pokłoniła się Zimie, dziękując za przywrócenie do życia.
 
 Wtedy Zima odezwała się do niej w te słowa:
"Pamiętaj, że chociaż wyglądasz jak człowiek, nie należysz do świata ludzi. Jesteś istotą z krainy śniegu i mrozu, moja poddaną. Idź do swoich przybranych rodziców, niech się cieszą twoją obecnością do czasu, gdy panowanie nad światem przejmie wiosna. Gdy ten dzień nadejdzie, przyślę po ciebie zamieć, zaklętą w białą klacz. Na jej grzbiecie udasz się ze mną na daleką Północ, gdzie stoi mój lodowy pałac. Ale nie martw się! Gdy miną trzy pory roku, znów powrócisz do wioski - możesz to obiecać staruszkom. Zimą, gdy wieczory najdłuższe, nie będą nigdy sami.
Jednak strzeż się! Jeśli zlekceważysz mój rozkaz, to gdy nadejdzie wiosna i słońce roztopi ostatni śnieg - zginiesz i nikt i nic nie zdoła przywrócić cię do życia!"
 
 
 
Śniezynka obiecała byc posłuszna rozkazom Zimy i pobiegła do chaty. Gdy rzuciła się na szyję swoim przybranym rodzicom, radości nie było końca.

 
 
 

Katarzyna - lalka Kozety z Nędzników W.Hugo



Przyznaję - nie czytałam całej książki, jedynie wydany osobno fragment p.t. "Kozeta". Tytułowa bohaterka, sierota, żyje w skrajnej nędzy w karczmie okrutnych Tenardierów, gdzie -mimo że ma tylko osiem lat - jest posługaczką do wszystkiego.
Jako lalkomaniaczkę bardzo zainteresowała mnie lalka, którą główny bohater powieści ofiarowuje Kozecie w Wigilię Bożego Narodzenia.
Autor opisuje ją tak:
"W pierwszym rzędzie, na samym przodzie kramu, posadził kupiec ogromną lalkę w różowej, jedwabnej sukience, w wianku ze złotych kłosów na głowie; miała prawdziwe włosy i oczy z emalii. Przez cały dzień siedziało to cudo na wystawie, wzbudzając zachwyty wszystkich przechodniów w wieku do lat dziesięciu, ale nie znalazła się w Montfermeil ani jedna matka dość bogata czy dość rozrzutna, aby ją kupić swemu dziecku.
(...) Kozeta jeszcze nigdy nie widziała lalki z tak bliska. Kram wydał się jej pałacem, a lalka nie była lalką, ale zjawą ze snu. Była to radość, świetność, bogactwo, szczęście, które objawiały się w blaskach jakiejś urojonej jasności temu nieszczęśliwemu stworzeniu, tak głęboko pogrążonemu w ponurej i zimnej nędzy.
.

















(...)Drzwi otworzyły się. Nieznajomy wrócił niosąc oburącz bajeczną lalkę, o której już mówiliśmy (...)
i postawił ją przed Kozetą mówiąc:
- Masz, to dla ciebie.
Kozeta podniosła oczy, patrzyła na idącego ku niej nieznajomego z lalką tak, jak patrzyłaby na idące ku niej słońce (...)
Żadne słowa nie oddadzą wyrazu jej twarzy, na której rozpacz, przestrach i zachwyt pojawsiły się równocześnie.
- Naprawdę, proszę pana? - pytała Kozeta. - Czy na prawdę? To dla mnie ta dama?
(...)-Będzie się nazywała Katarzyna - powiedziała."

Lalka, którą postanowiłam wystylizować jako Katarzynę, nie jest ogromna - mierzy około 40cm. Kupiłam ją na All po konsultacji z Madzią, której bardzo za dobrą radę dziękuję. Lalka jest sygnowana literami WEV i ma twarzyczkę pasującą na "damę".
Co do wieńca ze złotych kłosów - cóż... Jakoś średnio mi pasował do wspaniałej sukni, bo niby kim ta lalka według W.Hugo miała być? Królową żniw?
Ja wyobraziłam ją sobie jako bogato wystrojoną markizę w stylu rokoko. Zamiast wieńca lala dostała stroik ze złotymi listkami, wpięty w wysoką fryzurę. Suknię uszyłam sama. Majeczce dziękuję za kolczyki, które od Niej dostałam - choć ja nie mam przekłutych uszu, to bardzo podpasowały mojej Katarzynie