niedziela, 2 grudnia 2012

Panna Driadka z "Bajek o czterech wiatrach" Hanny Januszewskiej

Książka "Bajki o czterech wiatrach" była moją pierwszą w życiu szkolną nagrodą - otrzymałam ją na zakończenie I klasy. Od tamtej pory niezmiennie gości w moim sercu.
Są tu zamieszczone - jak sam tytuł wskazuje- cztery opowieści o czterech wiatrach: Boreaszu, Fawonim, Notusie i Eurosie.
...Pannę Driadkę, żyjącą gdzieś w gajach oliwnych na południu Europy, przyniósł do Polski wiosenny wiatr Fawoni, aby w przydomowym ogrodzie starego szlachcica pana Kierza uratowała ginące i wątłe drzewko oliwne. Opowieść kończy się powrotem Panny Driadki w jej rodzinne strony.
W mojej wyobraźni historia ta ma swój dalszy ciąg...
... Pewnego jesiennego dnia, Panna Driadka wyszła ze swego przytulnego schronienia w dużej dziupli starego dębu, by przejść się wśród różnokolorowych drzew.

Z niepokojem myślała o nadchodzących chłodach i szarugach. Do tej pory było całkiem ciepło, słońce rzadko kryło się za chmurami, ale tego dnia zaczął wiać bardzo zimny wiatr. Mógł on w każdej chwili przygnać deszczowe, a może i śniegowe chmury. Czuć było, że "złota, polska jesień" ma się ku końcowi.
 


Ze strachem myślała Driadka o nadchodzącej zimie... Ona, mieszkanka wiecznie zielonych południowych gajów, miała spędzić najbliższe miesiące na ziemiach, gdzie przyroda na kilka miesięcy obumiera... Żałowała, swojej decyzji pozostania w tym obcym kraju, który nauczyła się jednak kochać. Skąd tu się wzięła?
...Otóż po kilku latach od uratowania małej oliwki, wiosenny wiatr Fawoni znów zabrał ją do Polski. Tym razem chodziło o ginący mały cyprysik, który ktoś przywiózł znad Morza Śródziemnego i zasadził w swoim ogródku. I tym razem Driadka uratowała roślinkę, ale zaciekawiona opowiadaniami poznanych miejscowych leśnych boginek, postanowiła przezimować w Polsce. Zapadnięcie w zimowy letarg, stan podobny do śmierci, a następnie wiosenne przebudzenie, wydawało jej się niezwykle romantyczne. Chciała choć raz przeżyć coś takiego. Fawoni namawiał ją do powrotu, ale w końcu odleciał sam.
Przez całe lato i wczesną jesień Driadka - podobnie jak inne istoty zimujące w tym kraju - szykowała się do zimy. Z sieci pajęczej, przetykanej zbieranymi po lesie ptasimi piórkami zrobiła sobie lekką i ciepłą kołderkę. Dziuplę wymościła najdelikatniejszymi suchymi trawami, jakie udało jej się znaleźć. Z gliny ulepiła mały piecyk, aby, w razie przebudzenia podczas zimowych mrozów, miała gdzie ugotowac sobie herbatkę z suszonego rumianku, którego zebrała cały koszyczek. Leśne oraz te zbierane na miedzach owoce były równo  ułożone na drewnianych półeczkach. Na podłodze leżała duża wiązka chrustu, gotowa na rozpałkę.
Nagle pociemniało i zaczął padać ulewny deszcz.

 Driadka ostatni raz popatrzyła na bajecznie kolorowe drzewa, które zimny wiatr odzierał z liści i zaszyła się w swojej dziupli. Zamknęła od środka wejście i ułożyła się na posłaniu.

Było ciepło, cicho i przytulnie. Upajająco pachniały suszone płatki kwiatów, którymi posypana była cała podłoga. Malutkie mieszkanko Driadki wypełniała też woń dzikich jabłuszek, których uzbierała sobie całkiem spory zapas.

Driadka, otulona swoją puchową kołderką, z przyjemnością wsłuchiwała się w wycie wichru, a szum drzew kołysał ją do snu... Już niczego się nie bała, wiedziała, że podjęła słuszną decyzję.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz