czwartek, 20 grudnia 2012

Świąteczne życzenia

Wszystkim Miłym Koleżankom i odwiedzającym mojego bloga Gościom życzę świątecznej radości, pięknych, wymarzonych prezentów, spokoju, pogody oraz samych szczęśliwych dni w Nowym Roku 2013.



Klara i Dziadek do Orzechów z baśni E.Hoffmanna

Zbliżające się Boże Narodzenie to dobry czas, aby przedstawić bohaterów mojej ukochanej baśni E.Hoffmanna "Dziadek do Orzechów".
Często powracam do książki - mam wydanie z ilustracjami Szancera, ale ostatnio urzekł mnie balet P.Czajkowskiego,w wykonaiu The New York City Ballet z choreografią G.Balanchine.


Na youtube można znaleźć wiele różnych wersji tego baletu, ale według mnie ta właśnie jest najpiękniejsza. Ważne dla mnie jest, że występują tu dzieci, a nie charakteryzowani na dzieci młodzi dorośli, tak jak np. w wersji z Opery Paryskiej... ;)
Lubię również wydany na dvd w "Platynowej Kolekcji Polskiego Kina" polski film "Dziadek do Orzechów" w reżyserii H.Bielińskiej z 1967 roku. Sympatycznie jest tu pokazany wieczór wigilijny w domu rodziców Frycka i Maryni (książkowych Freda i Klary). Sensownie jest opowiedziana historia księżniczki Pirlipaty i orzecha Karakatuka - Króla, Królową i cały dwór rewelacyjnie grają dzieci. Reżyserka wtrąciła w tym miejscu parę delikatnych aluzji politycznych.:) Jedynie "Baśniowa Kraina" do której zabiera główną bohaterkę siostrzeniec Drosselmeyera - odczarowany "Dziadek do Orzechów" nie przypadła mi do gustu, no ale trudno - w dobie dzisiejszych możliwości animacji komputerowej z pewnością byłaby bardziej udana...

Moją Klarę kupiłam na ebayu w stanie pratycznie idealnym, w różowej sukience i wachlarzem w dłoni. Jest ona sygnowana przez Ashton Drake i znajduje się w pozycji półsiedzącej. Do zdjęć do części I (bo będzie też cz. II z odczarowanym Dziadkiem...)przebrałam ją w białą, nocną koszulę - to zapożyczenie z wersji baletowej, bo w książce Klara zostaje w salonie po wigilijnym przyjęciu ubrana w sukienkę. Do zdjęć z atakującymi myszami musiałam zasłonić część jej twarzy poduszką - lala ma buzię rozmarzoną, a nie wystraszoną.
Dziadka kupiłam na All już dwa lata temu. Nie miał biedak jednej stopy - dorobiłam ją "rzeźbiąc" w miękkiej gumce do ścierania i malując ją na czarno. Miał też ułamaną blaszaną szablę - zastąpił ją ozdobny nożyk do listów. Stare, skołtunione włosy i brodę zastapiłam białym futerkiem.
Moje zdjęcia są w pewnym sensie kompilacją fabuły książkowej z tą baletową. ;)

Atak myszy:


Dziadek rusza do boju:


Dziadek wręcza Klarze zdobytą na Królu Myszy koronę:




niedziela, 2 grudnia 2012

Panna Driadka z "Bajek o czterech wiatrach" Hanny Januszewskiej

Książka "Bajki o czterech wiatrach" była moją pierwszą w życiu szkolną nagrodą - otrzymałam ją na zakończenie I klasy. Od tamtej pory niezmiennie gości w moim sercu.
Są tu zamieszczone - jak sam tytuł wskazuje- cztery opowieści o czterech wiatrach: Boreaszu, Fawonim, Notusie i Eurosie.
...Pannę Driadkę, żyjącą gdzieś w gajach oliwnych na południu Europy, przyniósł do Polski wiosenny wiatr Fawoni, aby w przydomowym ogrodzie starego szlachcica pana Kierza uratowała ginące i wątłe drzewko oliwne. Opowieść kończy się powrotem Panny Driadki w jej rodzinne strony.
W mojej wyobraźni historia ta ma swój dalszy ciąg...
... Pewnego jesiennego dnia, Panna Driadka wyszła ze swego przytulnego schronienia w dużej dziupli starego dębu, by przejść się wśród różnokolorowych drzew.

Z niepokojem myślała o nadchodzących chłodach i szarugach. Do tej pory było całkiem ciepło, słońce rzadko kryło się za chmurami, ale tego dnia zaczął wiać bardzo zimny wiatr. Mógł on w każdej chwili przygnać deszczowe, a może i śniegowe chmury. Czuć było, że "złota, polska jesień" ma się ku końcowi.
 


Ze strachem myślała Driadka o nadchodzącej zimie... Ona, mieszkanka wiecznie zielonych południowych gajów, miała spędzić najbliższe miesiące na ziemiach, gdzie przyroda na kilka miesięcy obumiera... Żałowała, swojej decyzji pozostania w tym obcym kraju, który nauczyła się jednak kochać. Skąd tu się wzięła?
...Otóż po kilku latach od uratowania małej oliwki, wiosenny wiatr Fawoni znów zabrał ją do Polski. Tym razem chodziło o ginący mały cyprysik, który ktoś przywiózł znad Morza Śródziemnego i zasadził w swoim ogródku. I tym razem Driadka uratowała roślinkę, ale zaciekawiona opowiadaniami poznanych miejscowych leśnych boginek, postanowiła przezimować w Polsce. Zapadnięcie w zimowy letarg, stan podobny do śmierci, a następnie wiosenne przebudzenie, wydawało jej się niezwykle romantyczne. Chciała choć raz przeżyć coś takiego. Fawoni namawiał ją do powrotu, ale w końcu odleciał sam.
Przez całe lato i wczesną jesień Driadka - podobnie jak inne istoty zimujące w tym kraju - szykowała się do zimy. Z sieci pajęczej, przetykanej zbieranymi po lesie ptasimi piórkami zrobiła sobie lekką i ciepłą kołderkę. Dziuplę wymościła najdelikatniejszymi suchymi trawami, jakie udało jej się znaleźć. Z gliny ulepiła mały piecyk, aby, w razie przebudzenia podczas zimowych mrozów, miała gdzie ugotowac sobie herbatkę z suszonego rumianku, którego zebrała cały koszyczek. Leśne oraz te zbierane na miedzach owoce były równo  ułożone na drewnianych półeczkach. Na podłodze leżała duża wiązka chrustu, gotowa na rozpałkę.
Nagle pociemniało i zaczął padać ulewny deszcz.

 Driadka ostatni raz popatrzyła na bajecznie kolorowe drzewa, które zimny wiatr odzierał z liści i zaszyła się w swojej dziupli. Zamknęła od środka wejście i ułożyła się na posłaniu.

Było ciepło, cicho i przytulnie. Upajająco pachniały suszone płatki kwiatów, którymi posypana była cała podłoga. Malutkie mieszkanko Driadki wypełniała też woń dzikich jabłuszek, których uzbierała sobie całkiem spory zapas.

Driadka, otulona swoją puchową kołderką, z przyjemnością wsłuchiwała się w wycie wichru, a szum drzew kołysał ją do snu... Już niczego się nie bała, wiedziała, że podjęła słuszną decyzję.

wtorek, 13 listopada 2012

Jane i Adelka z powieści "Dziwne losy Jane Eyre"

Co prawda w tytule bloga jest napisane "Jadwisia w świecie baśni", ale... powieści w pewnym sensie też traktuję jak baśnie - tyle że dla dorosłych, szczególnie te, które mają szczęśliwe zakończenie... ;)

Lalkę, która została moją Jane Eyre, kupiłam jakiś czas temu na All. Aby mogła stać się moją ulubioną bohaterką, musiałam wymienić jej wig na ciemniejszy. "Ukradłam" więc perukę jakiejś porcelance, na która nie mam pomysłu i osadziłam tyłem do przodu, bo nie pasowała mi fabryczna grzywka.
Również na All udało mi się niedawno wylicytować czarną suknię, z której odprułam koronki, zastępując je gipiurowym kołnierzykiem i mankietami. Lala otrzymała ode mnie szerokaśną halkę ze sztywnego płócienka, wykończoną plisowaną szarą taśmą, czarną welurową pelerynę oraz nakrycie głowy zrobione ze starego słomkowego kapelusza córki. ;)  Po prostu wycięłam z niego tyle, ile potrzeba, zszyłam kształt mniej więcej zwykłym zszywaczem, a później obszyłam czarnym welurem i popielatymi dodatkami.

Adelka jest pewnego rodzaju hybrydką - autentyczna główka od Armand Marseile, w której udało mi sie na nowo osadzić fabryczne oczka wraz z "zamykającym" je mechanizmem plus nabyte na ebayu ciałko oraz wig. Prezentowałam ją jakiś czas temu na Pingerze.

Zdjęcia wykonałam dzisiaj na pobliskich łąkach, mając nadzieję, że gęsta mgła choć trochę upodobni je do scenerii z okolic Thornfield Hall.

Jane lubi samotne wędrówki po otaczających zamek Thornfield wrzosowiskach...
 
 
 
 
W takie właśnie mgliste popołudnie spotkała po raz pierwszy miłość swojego życia - pana Edwarda Rochestera.
 

Zimne wieczory najprzyjemniej spedzać przy ciepłym kominku z ciekawą lekturą i bawiącą się obok Adelką.


A taki portret powiesił sobie zapewne pan Rochester po tym, jak Jane pospiesznie i w tajemnicy opuściła jego zamek.

Niedawno na All wpadł mi w oko pewien Szkaradek... Tkwił i tkwił, nikt go nie chciał i czekał chyba właśnie na mnie i na moją Jane... ;) Kliknęłam, kupiłam i po niedługim czasie do mnie przyjechał. Zgodnie z opisem nie dość, że baaardzo szkaradkowaty, to jeszcze brudny jak nieszczęście.

Korpus zostawiłam na razie w spokoju i zabrałam się za łeb. Najpierw wyszorowałam szczotką, a następnie za pomocą glinki samoutwardzalnej dokonałam operacji plastycznej mającej przekształcić klaunowaty nochal na normalny nos. Później było malowanie farbami akrylowymi, a na koniec - walka z paskudnym petem w kąciku ust. Nijak nie dało się go usunąć, więc dokleiłam cygaro. Głowę przytwierdziałam do jakiegoś wolnego korpusa, częściowo zapożyczyłam od innego lalka, a częściowo uszyłam ubranie, wynalazłam odpowiedniego wiga i już pan Rochester mógł wybrać się na sesję zdjęciową. Ponieważ dziś nie było mgły, stworzyłam ją graficznie. Było zimno i mokro, "dyżurny" koń nie chciał wozić na grzbiecie takiego ciężaru, ale coś tam jednak udało mi się pstryknąć... :)
 
Nie zarejstrowałam samego wypadku, kiedy to pan Rochester spada z konia, gdyż trawa była zbyt mokra na takie eksperymenty... :) Za to widać jak Jane pomaga dosiąść ponownie wierzchowca...

 

 

niedziela, 4 listopada 2012

Dziewczynka z zapałkami z happy endem

Każdy chyba zna smutną baśń Andersena "Dziewczynka z zapałkami"... Ponieważ w moim świecie fantazji wszystko musi kończyć się szczęśliwie, zamieniłam tragiczne zakończenie na "happy end".
 
 

 


...W ostatni mroźny i śnieżny wieczór starego roku, nieszczęśliwa tytułowa bohaterka baśni w załomie muru usiłowała schronić się przed wichrem i ogrzać zgrabiałe paluszki od zapalanych kolejno zapałek, których nikt nie chciał od niej kupić. Była wygłodzona, przemarznięta do szpiku kości i nieubłaganie zbliżała się ku niej śmierć. Płomyki palących się zapałek przynosiły dziewczynce piękne, lecz jakże krótkie wizje cudownej choinki, ciepłego posiłku, a na koniec dziewczynka miała wrażenie, że z Nieba przyszła do niej ukochana babunia, zmarła przed paroma laty.

W tym samym czasie hrabina Julia powoli wracała do swojej kamienicy z zebrania Towarzystwa Dobroczynnego, którego była prezeską.
Mimo, że była jedną z najbogatszych osób w mieście, nie lubiła absorbować służby swoją osobą więcej, niż to było absolutnie konieczne, dlatego też te kilka przecznic dzielących siedzibę Towarzystwa od jej domu, przemierzała pieszo. Ze smutkiem myślała o kolejnym samotnym wieczorze, który miała spędzić w swojej przestronnej, wytwornej, lecz straszliwie cichej siedzibie.
A przecież jeszcze rok temu cały dom rozbrzmiewał radosnym śmiechem jej ukochanej wnuczki, Honoratki, która cieszyła się z gwiazdkowych podarków.
Jedyny syn hrabiny Julii zginął na wojnie. Synowa nie przetrzymała tego ciosu: zmarła, wydając przedwcześnie na świat córeczkę. Malutka Honoratka była dzieckiem wątłym, ale bardzo radosnym i miłym. Dla hrabiny stała się całym światem. Babcia i wnuczka były nierozłączne. Niestety, dziewczynka zachorowała na szkarlatynę i zmarła. Odtąd hrabina straciła zupełnie całą chęć do życia. Tylko poczucie obowiązku kazało jej dalej brać czynny udział w działalności charytatywnej zarówno w rodzinnym mieście, jak i odziedziczonym po mężu majątku ziemskim.
 


Nagle Julia usłyszała żałosne wołanie: "Babuniu, nie opuszczaj mnie!". Przez chwilę wydawało jej się, że to woła jej ukochana wnusia... Wtem w załomie muru ujrzała osuwającą się na ziemię malutką nędzarkę z dogasającą zapałką w dłoni.










 
 
Nie namyślając się ani chwili, staruszka podniosła dziewczynkę i otuliła zdjętym z ramion kosztownym, puszystym futrem.
 

Na szczęście do wejscia do domu hrabiny było już tylko parę kroków. Skinieniem dłoni Juli odprawiła zaciekawioną służbę, poprosiła tylko o przyniesienie ciepłej wody.
Maleńka była zabiedzona i brudna. Ale hrabina, czynnie działająca w towarzystwie dobroczynnym i chodząca często po najbiedniejszych dzielnicach miasta, niejedno już widziała. Założyła szybko fartuch i w swojej przytulnej gotowalni przygotowała ciepłą, pachnącą kąpiel. Nie chciała powierzać tej czynności służącym, aby jeszcze bardziej nie wystraszyć oniemiałej dziewczynki, która nie wiedziała, co się z nią dzieje.

 
Julia pomogła małej zdjąć wilgotne, brudne łachmany i łagodnie skłoniła ją do zanurzenia się w wonnej, cieplutkiej pianie. Po kąpieli na dziewczynkę czekał już ogrzany puszysty ręcznik, różowa nocna koszulka oraz czepeczek.

Następnie hrabina otuliła dziewczynkę pikowaną kołderką i zabrała do salonu. Napoiła ją gorącą herbatą, nakarmiła, po czym obie usiadły na kanapie pod świątecznym drzewkiem.

 
Tutaj dziewczynka opowiedziała Julii o swym krótkim, smutnym życiu, o zmarłej ukochanej babuni, która jedyna okazywała jej serce. Gdy okazało się, że nieszczęśliwe dziecko nosi imię zmarłej wnuczki hrabiny, Julia pomyślała, że to chyba sama Opatrzność postawiła je na jej drodze. Przytuliła mocno Honoratkę do siebie i powiedziała, że odtąd będzie dla niej nową, kochającą babcią.
Małej nędzarce to wszystko, co ją spotkało w ostatni dzień starego roku, wydawało się jakimś cudownym snem. Często jeszcze w jej oczach pojawiały się łzy, ale teraz były to łzy szczęścia...

 
Następnego dnia mała Honoratka obudziła się w swoim wygodnym łóżeczku, w pokoju, który miał odtąd do niej należeć. Na krzesełku czekała już wykrochmalona bielizna, ciepłe pończoszki i zimowa sukienka, a zniesiony ze strychu stary koń na biegunach, który należała jeszcze do syna hrabiny, zachęcał do zabawy.
Co prawda Julia większą część ubrań i zabawek po swojej zmarłej wnuczce rozdała potrzebującym, ale i te rzeczy, które zostawiła sobie na pamiątkę, pozwoliły na urządzenie przytulnego pokoiku dziecinnego. Właśnie weszła ucałować na dzień dobry swoją nową wnuczkę i przyniosła jej nowe buciki oraz mufkę, po które z samego rana posłała do jednego z najlepszych sklepów w miescie.




Szczęśliwa, ale wciąż jeszcze oszołomiona Honoratka rzuciła jej się na szyję. Ciągle nie mogła uwierzyć, że to wszystko dzieje się na prawdę i nie zniknie jak cudowny sen...


Przybrana babcia zachęciła Honoratkę do wypróbowania nowych zabawek.


Ponieważ Honoratka zwierzyła się Hrabinie, że zawsze marzyła o sankach, Julia kupiła jej śliczne, nieduże saneczki. Najpierw poszły na górkę, gdzie mała mogła do woli nacieszyć się zjeżdżaniem, a następnie udały się na zakupy. Julia, chcąc wynagrodzić Honoratce jej nieszczęśliwe dzieciństwo, nabywała wszystko, na co tylko dziewczynka miała ochotę, tak więc wracały do domu z całą masą pakunków...


 


Gdy Honoratka bawiła się swoimi nowymi zabawkami, Hrabina lubiła siadywać w jej pokoiku na swoim bujanym fotelu i przyglądac się swojej podopiecznej. Z wielką łagodnością i taktem poprawiała zbyt gminne wyrazenia małej, cierpliwie poszerzała też jej dośc ubogi zasób słownictwa. Stopniowo zaczęła także uczyć ją słówek i zwrotów w języku francuskim. Trzeba przyznać, że Julia trafiła na podatny grunt. Honoratka okazała się być zdolną i inteligentną dziewczynką. Wkrótce dawna nędzarka umiała całkiem swobodnie posługiwać się językiem francuskim, umiała deklamować wiele wierszy i bajek, znała podstawowe fakty z historii i przyrody.


 





Pod wpływem ciągłego przebywania z Hrabiną - kobietą wszechstronie wykształconą, oczytaną i inteligentną, Honoratka zmieniała się coraz bardziej. Po niedługim czasie nikt już by nie pomyślał, że dziewczynka wywodzi się z nizin społecznych...
Julia z zadowolwniem obserwowała, jakim zmianom ulega gust jej podopiecznej. Gdy dziewczynka sama zaprojektowała nowy wystrój swojego poikoiku, zostali wezwani rzemieślnicy, którzy zmienili obicia na ścianach z beżowych na niebieskie. Na podłodze znalazł się nowy niebieski dywan, a w oknach pojawiły się błękitne zasłonki.
Gdy pewnego dnia na targu Honoratka zachwyciła się sprzedawanymi tam dużymi papugami, już następnego dnia w jej pokoju pojawiła się piękna klatka z egzotycznym, gadającym ptakiem.
Najbardziej jednak julię zachwycił odkryty przez nią u Honoratki doskonały słuch muzyczny. Niezwłocznie zakupione zostało pianino i odtąd dziewczynka długie godziny spędzała przy tym instrumencie. Potrafiła "ze słuchu" zagrać każdą melodię, zaczęła też komponować własne utwory.
I tutaj możnaby już zakonczyć tę historię słowami: "... i żyły długo i szczęśliwie", gdyby nie pewna wizyta, która zmieniła całe dalsze życie naszej małej bohaterki... c.d.n.

 
Honoratka przy swoim nowym instrumencie spedza często całe wieczory...
 
 
...oraz poranki...
 
 
 
Tego popołudnia Honoratka ciuchutko bawiła się w przyjęcie, które wydawała dla swoich lalek. Nie wypróbowała swej nowej pozytywki - karuzeli, nie tknęła też klawiszy pianina, bo jej przybrana babcia żle się czuła.
 
 
Po powrocie z zakupów Julia położyła się z bólem głowy na kanapce w bibliotece. Miała nadzieję, że wypoczynek w ciszy przywróci jej szybko dobre samopoczucie. Odesłała zaniepokojoną Honoratką do jej pokoju, tłumacząc dziewczynce, że teraz najważniejszy jest dla niej zupełny spokój.
 
 
Niestety - po chwili służąca zaanonsowała Hertę - daleką krewną zmarłego męża Julii. Po jego śmierci nie utrzymywały ze sobą praktycznie żadnych kontaktów, ale gościnna Julia poprosiła gościa do biblioteki i kazała podać herbatę i ciastka.
 
 
Po wymianie uprzejmych banałów Herta zapytała wprost:
- Czy to prawda, że ciocia adoptowała jakąś znajdę?
 

- Tak - odrzekła Julia - to teraz moja nowa, ukochana wnusia.
- Ciocia chyba oszalała! Brać do domu nędzarkę prosto z ulicy! To jakiś absurd!
- Wybacz, moja droga, ale pozwolę sobie mieć w tej sprawie własne zdanie.
- A co zamierza ciocia z nią dalej robić? Wykształci ja ciocia na pannę służącą? A może garderobianą?
- Traktuję ją tak, jak opiekowałabym się córeczką mojego syna, gdyby żyła.
- Już widzę, jak ta kochana wnusia wróci do rynsztoka, skąd przecież pochodzi, gdy tylko cioci zabraknie.
- I tu się Herto całkowicie mylisz: u notariusza zapisałam tej mojej drugiej Honoratce cały mój majątek. Po mojej śmierci będzie zamożną panienką.
- To ciotka się myli! Już my z mężem zadbamy o to, aby majątek trafił w nasze ręce. Nietrudno będzie udowodnić, że przed śmiercią ciotka była zupełnie szalona i nie wiedziała, co czyni i obalić ten niedorzeczny testament.
- Proszę natychmiast opuścić mój dom!
- Ależ oczywiście, już idę, nie lubię przestawać z wariatami. I tak niedługo to wszystko bedzie moje!
  
 
Po wyjściu Herty, do głębi wzburzona i zrozpaczona swoją bezsilnością Julia osunęła się bez czucia na ziemię...
 
 Gdy Hrabina ocknęła się, leżała w pokoju Honoratki, w jej łóżku. Przybrana wnuczka czuwała przy niej, siedząc w fotelu. Julia rozejrzała się zdziwiona - wszystkie zabawki Honoratki, a także pianino - zniknęły.
- Co się stało? - zapytała słabym głosem.
 
 
 
 -Babuniu kochana! Jak to dobrze, że wrszcie odzyskałaś przytomność. Miałaś tylko mały udar, ale pan doktor powiedział, że niedługo będziesz zdrowa.
- Ale co ja robię w twoim łóżku? I czemu przemeblowałaś swój pokój?
- Wybacz, babuniu! Gdy zasłabłaś, większość służby nas opuściła, nie było za co kupić węgla i żywności, ani czym opłacić lekarza. Nie wiedziałam, jak otwiera się twoją skrytkę z pieniędzmi, dlatego zastawiłam wszystkie moje rzeczy, które tylko lichwiarka zgodziła się przyjąć...
Mój nieduży pokoik łatwiej ogrzać, więc dlatego tutaj cię położyliśmy.
- Dziecino kochana! Nie myślałam, że jesteś taka dzielna i mądra. Nie martw się -wykupimy wszystkie twoje rzeczy.
- To nie ważne, babuniu, obyś tylko jak najszybciej odzyskała zdrowie!
 
 
Julia pod troskliwą opieką swej wychowanki wkrótce doszła zupełnie do siebie. Zaraz zaczęła wprowadzać zmiany w ich wspólnym życiu, bo podczas choroby miała czas na przemyślenie wielu spraw...
Zrozumiała, że popełniła ogromny błąd: zaślepiona miłością wychowywała Honoratkę na salonową laleczkę, umiejącą wszystkiego po trochu, ale nie posiadającą żadnych umiejetności, które pozwoliłyby jej poradzić sobie w dalszym życiu...
Dlatego też Julia zatrudniła świetnie wykształconą guwernantkę, która miała przekazać Honoratce rzetelną wiedzę i dać jej solidne podstawy do dalszego kształcenia za granicą. Pod jej kierunkiem Honoratka gruntownie poznała język francuski i angielski, a także literaturę oraz podstawy historii, geografii i arytmetyki.
 
 
Dziewczynka poznała zapis nutowy i nauczyła się wkrótce zapisywać na pięciolinii swoje kompozycje.
 
 
 
Nauczyła się też gry na skrzypcach, który to instrument muzyczny zaczęła z czasem cenić wyżej aniżeli pianino...
 
 
Podczas gry twarzyczka dziewczynki przybierała tak uduchowiony wyraz, że Hrabina postanowiła zamówić jej portret w takiej właśnie pozie.
 
 
 Na polecenie Julii guwernantka uczyła Honoratkę również rzeczy praktycznych - np. szycia na maszynie...
 
 
 
Minęło kilka lat...
 
 
Pewnego dnia Julia siedziała w salonie w towarzystwie papugi, którą troskliwie opiekowała się pod nieobecność Honotatki. W ręku trzymała list, który otrzymała od swojej wychowanki z Paryża. Przybrana wnuczka donosiła, że zdała już ostatnie egzaminy i niedługo powróci do domu. Studiowała literaturę, historię oraz teorię muzyki, a przede wszystkim u najlepszych mistrzów doskonaliła swą grę na skrzypcach. Była teraz znaną w całej Europie skrzypaczką. Na jej koncerty przychodziły tłumy. Na zakończenie zachwyceni melomani urządzali młodziutkiej artystce owacje i zasypywali ją kwiatami.
 
Julia nie mogła się nacieszyć sukcesami wychowanki, ciągle wracała na nowo do przeczytanego już listu. Wtem rozległy się lekkie kroki i do saloniku wbiegła Honoratka we własnej osobie...
 
 
Rzuciła się przybranej babci na szyję
 
 
Stęsknione za sobą, długo obejmowały się, ściskały i całowały...
 
 
 
W końcu usiadły razem na kanapie i Honoratka zwierzyła się Hrabinie, że jeszcze tego wieczora odwiedzi je pewien wysoko urodzony i niezwykle utalentowany pianista, aby prosić Julię o rękę jej wychowanki. Julia pomyślała z ulgą, że teraz może już być zupełnie spokojna, bo los jej ukochanej przybranej wnuczki jest nareszcie zapewniony...